prokrastynacja

Jedni oglą­da­ją seria­le, dru­dzy gra­ją na kon­so­li, a trze­ci wycho­dzą ze zna­jo­my­mi na szkla­necz­kę sin­gle malt. To bez zna­cze­nia co robią w tej chwi­li, liczy się to, że wie­dzą iż powin­ni zaj­mo­wać się czymś innym — okre­ślo­nym zada­niem, pro­jek­tem lub zle­ce­niem, któ­re­go ter­min ukoń­cze­nia zbli­ża się powo­li, lecz nie­ustan­nie. Nie moż­na tego nazy­wać leni­stwem, bo nie mówią “nie chce mi się” tyl­ko “jesz­cze mam na to czas”. To coś z czym wal­czy się trud­niej niż z “nie­chce­mi­sia­mi” — pro­kra­sty­na­cja.

Czym tak napraw­dę jest pro­kra­sty­na­cja? Z defi­ni­cji to pato­lo­gicz­na ten­den­cja do nie­ustan­ne­go prze­kła­da­nia pew­nych czyn­no­ści na póź­niej, co spra­wia, że jest uzna­wa­na za zabu­rze­nie psy­chicz­ne wyma­ga­ją­ce lecze­nia, a więc jest czymś trosz­kę innym, niż uwa­ża się potocz­nie. W życiu codzien­nym łatwiej jest pro­kra­sty­na­cję uwa­żać za pew­ne­go rodza­ju kon­flikt mię­dzy naszą sfe­rą emo­cjo­nal­ną i umy­sło­wą — ta pierw­sza dąży do osią­ga­nia natych­mia­sto­wej infor­ma­cji zwrot­nej, ta dru­ga do reali­za­cji naszych celów. Część racjo­nal­na wie, że im szyb­ciej ukoń­czy się zadanie/projekt tym dłu­go­fa­lo­wo lepiej, bez zna­cze­nia na odle­głość ter­mi­nu ukoń­cze­nia. Z kolei część irra­cjo­nal­na pra­gnie aktyw­no­ści, któ­re dadzą przy­jem­ne efek­ty znacz­nie wcze­śniej. Najczęściej wygry­wa sfe­ra emo­cjo­nal­na, dla­te­go też zazwy­czaj bie­rze­my się za czyn­no­ści, któ­re dadzą nam infor­ma­cję zwrot­ną szyb­ciej, cze­go natu­ral­ną kon­se­kwen­cją jest oglą­da­nie seria­li, gra­nie na kon­so­li czy spo­tka­nia z przy­ja­ciół­mi, któ­re gwa­ran­tu­ją nam przy­jem­ność natych­mia­sto­wo, zamiast pra­cy nad pro­jek­tem, z któ­re­go czer­pa­nie przy­jem­no­ści jest odło­żo­ne w cza­sie.

Prokrastynacja, a pra­wo Parkinsona

Prawo Parkinsona mówi nam, że pra­ca trwa tyle ile zapla­no­wa­li­śmy na nią cza­su. Jeśli mamy 4 mie­sią­ce na naukę do egza­mi­nu, to naukę roz­ło­ży­my sobie na 4 mie­sią­ce — tyl­ko, że sama nauka zaj­mie nam góra 2 dni (ostat­nie), a wcze­śniej­sze 3 mie­sią­ce i 28 dni poświę­ci­my na wszyst­ko inne, tyl­ko nie na naukę. No może, wypo­ży­czy­my w tym cza­sie książ­ki z biblio­te­ki i jak ktoś udo­stęp­ni notat­ki to chęt­nie skse­ru­je­my. Efektywna pra­ca w tym przy­pad­ku zaj­mie nam tyl­ko te 2 dni. Wiemy też, że pra­wie na pew­no będą to ostat­nie 2 dni ter­mi­nu — ponie­waż tyl­ko wte­dy otrzy­ma­my natych­mia­sto­wą infor­ma­cję zwrot­ną. Jest nie­mal nie­moż­li­we zmo­bi­li­zo­wa­nie się do dwóch dni inten­syw­nej nauki, gdy wie­my, że egza­min cze­ka nas dopie­ro za 3 mie­sią­ce, ponie­waż jest tyle innych moż­li­wych aktyw­no­ści, któ­re dadzą infor­ma­cję zwrot­ną o wie­le prę­dzej niż nauka do tego egza­mi­nu, nawet kosz­tem tego, iż nasza racjo­nal­na część będzie powta­rzać “powi­nie­neś się teraz uczyć”.

Jeśli chce­my jakoś wybrnąć z takiej nie­zbyt kom­for­to­wej sytu­acji, przy­cho­dzą nam do gło­wy tyl­ko dwa roz­sąd­ne wyj­ścia:

1) zapla­no­wać odpo­wied­nio czas tak, aby na 2 dni przed egza­mi­nem nie mieć nic waż­ne­go do zro­bie­nia i wyrzu­cić egza­min ze swo­jej świa­do­mo­ści na nie­ca­łe 4 mie­sią­ce, żeby nie­po­trzeb­nie się nie stre­so­wać, (łatwe)

2) zra­cjo­na­li­zo­wać sobie naukę do egza­mi­nu tak, by trak­to­wać ją podob­nie, np. do tre­nin­gu na siłow­ni i odło­żyć efekt w cza­sie. (śred­nio trud­ne)

Czasu poświę­ci­my pra­wie tyle samo w obu warian­tach. Wyjście, któ­re powin­ni­śmy wybie­rać zale­ży tyl­ko i wyłącz­nie od tego czy zale­ży nam wyłącz­nie na szyb­kim wyko­na­niu zada­nia (zali­cze­niu egza­mi­nu) czy osią­gnię­ciu trwa­łe­go efek­tu (przy­swo­je­nia wie­dzy).

Prokrastynacja nie musi być pro­ble­mem

Pragmatyzm każe nam jed­nak szu­kać innych moż­li­wych roz­wią­zań. Czasem zale­ży nam jed­no­cze­śnie i na szyb­ko­ści, i na efek­tyw­no­ści wyko­ny­wa­ne­go zada­nia. Odpowiedź może być banal­nie pro­sta — może­my po pro­stu nada­wać sobie krót­sze ter­mi­ny od tych, któ­rych wyma­ga­ją nasi zle­ce­nio­daw­cy. Wykorzystując pra­wo Parkinsona usta­la­my sobie ter­min ukoń­cze­nia nasze­go pro­jek­tu czy zada­nia, nie na dzień przed pre­zen­ta­cją wyko­na­nej przez nas pra­cy, ale np. na 3 dni przed tym dniem. Jeśli uczci­wie podej­dzie­my do tej kwe­stii zyska­my nie tyl­ko dodat­ko­wy czas na popraw­ki, ale tak­że sku­tecz­nie zwal­czy­my nęka­ją­cą nas pro­kra­sty­na­cję.

Jest to oczy­wi­ście dość uprosz­czo­ny model sytu­acji, któ­ry w życiu nie zda­rza się zbyt czę­sto, choć­by ze wzglę­du na o wie­le więk­szą licz­bę rze­czy do wyko­na­nia niż nauka do jed­ne­go egza­mi­nu czy jeden pro­jekt do zre­ali­zo­wa­nia. Są pew­ne kwe­stie, do któ­rych po pro­stu pod­cho­dzi­my nie­chęt­nie i żad­ne tri­ki czy pra­wa nam nie pomo­gą. Ta mode­lo­wa sytu­acja może jed­nak słu­żyć za przy­kład, któ­ry war­to zaadop­to­wać we wła­snym życiu.

Share: