Potrzebujesz wier­tar­ki czy tyl­ko dziu­ry w ścia­nie? Kosiarki czy tyl­ko sko­szo­ne­go traw­ni­ka? Samochodu czy tyl­ko pod­wóz­ki z miej­sca do A do miej­sca B? Te i po­dob­ne py­ta­nia to­wa­rzy­szy­ły twór­com biz­ne­sów na­le­żą­cy­ch do tren­du sha­ring eco­no­my.

Tak, wiem, że ka­le­czę nasz pięk­ny ję­zyk nie uży­wa­jąc pol­skie­go od­po­wied­ni­ka „eko­no­mia współ­dzie­le­nia”. Robię to po­nie­waż ten pol­ski od­po­wied­nik jest błęd­ny. „Economy” ozna­cza w ję­zy­ku an­giel­skim nie tyl­ko eko­no­mię, ale tak­że, a może przede wszyst­kim, go­spo­dar­kę. Natomiast eko­no­mia w ję­zy­ku pol­skim jest na­uką, a sha­ring eco­no­my dzie­dzi­ną bądź szko­łą tej na­uki ab­so­lut­nie nie jest.

Powinienem za­tem użyć ter­mi­nu „go­spo­dar­ka współ­dzie­le­nia” lub zaj­rzeć w słow­nik i zna­leźć ko­lej­ne zna­cze­nie „eco­no­my” – oszczęd­no­ść – i na­pi­sać „oszczęd­no­ść z dzie­le­nia się”. Wtedy naj­le­piej od­dał­bym isto­tę sha­ring eco­no­my, ale uży­wa­nie ta­kie­go ce­gło­wa­te­go sfor­mu­ło­wa­nia tyl­ko po to by nie za­nie­czysz­czać oj­czy­stej mowy wy­da­je się rów­nie przy­jem­ne co oglą­da­nie se­ria­li TVNu bez wcze­śniej­sze­go za­ży­cia LSD.

Wiem tak­że, że py­ta­nia z pierw­sze­go aka­pi­tu wca­le nie mu­szą od­no­sić się sen­su stric­to do sha­ring eco­no­my. W na­zew­nic­twie tego tren­du pa­nu­je cha­os, któ­re­go skut­kiem jest wiecz­ny spór o to co moż­na, a cze­go nie moż­na do nie­go przy­po­rząd­ko­wać. To głów­nie przez to, że fla­go­we fir­my sha­ring eco­no­my jak Uber i Airbnb nie miesz­czą się w wą­skim, pier­wot­nym zna­cze­niu tego ter­mi­nu. Żeby to do­brze upo­rząd­ko­wać cof­nie­my się tro­chę w cza­sie.

Kryzys, czyli czas kreatywnych rozwiązań

Kryzys go­spo­dar­czy za­po­cząt­ko­wa­ny w 2007 r. zmie­nił po­dej­ście i po­sta­wy wie­lu kon­su­men­tów. Wiele osób stra­ci­ło pra­cę, a na­wet dach nad gło­wą. Prawie każ­dy w ja­kimś stop­niu mu­siał za­ci­snąć pasa. Cały świat od­czuł po­trze­bę oszczę­dza­nia, a tam gdzie po­trze­ba, tam też znaj­dą się kre­atyw­ne spo­so­by jej za­spo­ko­je­nia.

Sposoby te były zna­ne od daw­na – ktoś już prze­cież wpa­dł na to, że je­śli po­trze­bu­je wy­wier­cić dziu­rę w ścia­nie, a nie ma wier­tar­ki to wy­star­czy, że po­pro­si są­sia­da o po­ży­cze­nie wier­tar­ki albo wy­wier­ce­nie dziu­ry i dzię­ki temu nie musi pę­dzić do skle­pu po nową wier­tar­kę. Mam prze­czu­cie gra­ni­czą­ce z pew­no­ścią, że na­wet dla ja­ski­niow­ców nie by­ło­by to od­kry­cie Ameryki.

Tak na­praw­dę współ­cze­śnie do­da­no do tego tyl­ko tech­no­lo­gię, któ­ra umoż­li­wi­ła za­sto­so­wa­nie idei dzie­le­nia się za­so­ba­mi w znacz­nie więk­szej gru­pie, bez po­no­sze­nia przy tym gi­gan­tycz­ny­ch kosz­tów. Zmiana w my­śle­niu jaką wy­wo­ła­ła ostat­nia re­ce­sja spo­wo­do­wa­ła, że co­raz mniej rze­czy chce­my po­sia­dać na wła­sno­ść i wo­li­my z nich ko­rzy­stać tyl­ko cza­sa­mi. To wła­śnie idea sha­ring eco­no­my.

Początkowo ogra­ni­cza­no się tyl­ko do dzie­le­nia się lub uży­cza­nia wła­sny­ch za­so­bów in­nym użyt­kow­ni­kom w za­mian za udział w kosz­ta­ch, drob­ną opła­tę lub po­dzie­le­nie się czymś in­nym. Dlatego bar­dzo waż­nym aspek­tem w roz­wo­ju sha­ring eco­no­my było wza­jem­ne za­ufa­nie i współ­pra­ca. Takimi za­so­ba­mi były miej­sce do spa­nia, miej­sce par­kin­go­we, miej­sce w sa­mo­cho­dzie w trak­cie wspól­nej po­dró­ży, itp. Właściwie mo­gło to być co­kol­wiek cze­go nie uży­wa się przez 24h na dobę.

Korzystać, nie posiadać

Szybko do­strze­żo­no też inne moż­li­wo­ści ta­kie­go mo­de­lu. Jak grzy­by po desz­czu za­czę­ły wy­ra­stać plat­for­my, któ­re po­zwa­la­ły nie tyl­ko za­osz­czę­dzić dzię­ki dzie­le­niu się czymś, ale tak­że na tym za­ro­bić. Z jed­nej stro­ny wy­pa­cza­ło to ideę współ­dzie­le­nia, z dru­giej cały czas mie­ści­ło się w za­ło­że­niu, że nie trze­ba po­sia­dać cze­goś na wła­sno­ść by z tego ko­rzy­stać. I tu do­cie­ra­my do sed­na ca­łe­go za­mie­sza­nia w na­zew­nic­twie.

Stosowanie szer­sze­go po­ję­cia „go­spo­dar­ka współ­pra­cy” (col­la­bo­ra­ti­ve eco­no­my), któ­re od­no­si się do lep­sze­go wy­ko­rzy­sty­wa­nia za­so­bów przez współ­pra­cę da­nej spo­łecz­no­ści mar­gi­na­li­zu­je zna­cze­nie po­dej­ścia „nie mu­szę po­sia­dać na wła­sno­ść, by ko­rzy­stać”. Najlepszym przy­kła­dem są por­ta­le fi­nan­so­wa­nia spo­łecz­no­ścio­we­go jak Kickstarter, Indiegogo czy Polak Potrafi, któ­re do tej idei sha­ring nie pa­su­ją, ale miesz­czą się w col­la­bo­ra­ti­ve.

Mniej wię­cej od dwó­ch lat funk­cjo­nu­je nowe po­ję­cie – ac­cess eco­no­my, któ­re opi­su­je coś po­śred­nie­go mię­dzy sha­ring eco­no­my, a col­la­bo­ra­ti­ve eco­no­my. To w su­mie bar­dzo uprasz­cza nam spra­wę. Access eco­no­my po­zwa­la pre­cy­zyj­nie okre­ślić plat­for­my, któ­re po­zwa­la­ją użyt­kow­ni­kom oszczę­dzać (bo nie mu­szą ku­po­wać na wła­sno­ść dóbr), a cza­sem tak­że za­ro­bić użyt­kow­ni­kom, któ­rzy się dzie­lą.

Pojęcie nie do­tar­ło jesz­cze do Polski, a przy­naj­mniej nie spo­tka­łem się jesz­cze z jego uży­ciem w ma­so­wy­ch me­dia­ch. Może dla­te­go na każ­dym kro­ku po­ja­wia­ją się spo­ry o to czy Uber i Airbnb mają coś wspól­ne­go z sha­ring eco­no­my. Zmiana na­ci­sku z dzie­le­nia na do­stęp po­mo­że nam unik­nąć ja­ło­wy­ch dys­ku­sji o na­zew­nic­twie. Nie w na­zwie dzie­je się re­wo­lu­cja, a w idei, dla­te­go skup­my się te­raz na niej.

Access economy, czyli prawdziwa biznesowa rewolucja

Zauważyłem, że cza­sem dla lu­dzi ta idea jest nie­zro­zu­mia­ła kie­dy mówi się o plat­for­ma­ch, w któ­ry­ch pła­ci się za usłu­gę wię­cej, niż wy­ni­ka­ło­by to wy­łącz­nie z po­dzia­łu kosz­tów. Otóż cza­sem ogrom­ną oszczęd­no­ść może przy­nie­ść sam fakt nie­po­sia­da­nia rze­czy, z któ­rej chce­my ko­rzy­stać.

Załóżmy, że wa­ham się mię­dzy za­ku­pem no­we­go sa­mo­cho­du za ok. 70 000 zł, a nie­po­sia­da­niem sa­mo­cho­du i ko­rzy­sta­niem wy­łącz­nie z plat­form ac­cess eco­no­my. Mieszkam w du­żym mie­ście, 5 km od cen­trum, gdzie pra­cu­ję. Raz na mie­siąc wy­jeż­dżam na week­end w dłuż­szą tra­sę, ok. 500 km w jed­ną stro­nę. Moja kal­ku­la­cja wy­dat­ków po­win­na wy­glą­dać mniej wię­cej tak:

1500 zł / 800 zł – mie­sięcz­na rata je­śli sa­mo­chód fi­nan­su­ję w ca­ło­ści kre­dy­tem (na 5 lat) / kwo­ta jaką po­wi­nie­nem co mie­siąc od­kła­dać by za 5 lat po­now­nie ku­pić so­bie sa­mo­chód (za­kła­da­jąc, że ten któ­ry mam sprze­dam lub zo­sta­wię w roz­li­cze­niu),
300 zł – mie­sięcz­ny koszt pa­li­wa,
200 zł – tyle mie­sięcz­nie mu­szę za­osz­czę­dzić by wy­ku­pić peł­ne ubez­pie­cze­nie OC/AC,
150 zł – kwo­ta jaką co mie­siąc mu­szę prze­zna­czyć na moje miej­sce w ga­ra­żu,
100 zł – tyle mie­sięcz­nie mu­szę za­osz­czę­dzić na obo­wiąz­ko­wy prze­gląd i wy­mia­nę opon.

Łącznie to 2250 zł / 1550 zł, któ­re co mie­siąc wy­da­ję na sa­mo­chód. Dziennie daje to 75 zł / 50 zł! Zamiast tego mogę co­dzien­nie do pra­cy do­jeż­dżać Uberem, a w tra­sę wy­bie­rać się BlaBlaCarem:

700 zł – tyle mie­sięcz­nie prze­zna­czę na do­jaz­dy do pra­cy,
150 zł – tyle bę­dzie mnie kosz­to­wał wy­jazd w tra­sę.

Razem to za­le­d­wie 850 zł, czy­li nie­ca­łe 30 zł dzien­nie. Wydaję dwa razy mniej, a mam swo­je­go pry­wat­ne­go kie­row­cę, któ­ry za­wo­zi mnie do pra­cy. W tym mo­men­cie mogę się po­ku­sić o wy­na­ję­cie na week­en­do­wy wy­pad ja­kie­goś SUVa kla­sy pre­mium (a ta­kie wy­po­ży­cza­nie też moż­na uznać za ac­cess eco­no­my) i za­mknąć się w 1500 zł mie­sięcz­nie.

Jeśli zre­zy­gnu­je z luk­su­su i prze­sią­dę się w miej­ski car­po­oling, np. inO­ne­Car, koszt mie­sięcz­ny­ch do­jaz­dów spad­nie do ok. 50 – 100 zł, co w po­łą­cze­niu z wy­jaz­dem BlaBlaCarem daje mi rap­tem 200 – 250 zł mie­sięcz­nie.

Podbój

Rewolucja? Moim zda­niem tak. Mogę po­dró­żo­wać sa­mo­cho­dem wy­da­jąc kil­ka­krot­nie razy mniej lub pro­wa­dzić bar­dziej luk­su­so­wy tryb ży­cia wy­da­jąc odro­bi­nę mniej. Samochody, to tyl­ko naj­bar­dziej wy­ra­zi­sty przy­kład, a prze­cież w ac­cess eco­no­my zy­sku­je­my do­stęp do wie­lu in­ny­ch za­so­bów. Nic dziw­ne­go, że ta idea zdo­by­wa ser­ca użyt­kow­ni­ków na ca­łym świe­cie.

Wszystko wska­zu­je na to, że naj­bliż­sze lata roz­wo­ju biz­ne­sów opar­ty­ch o tę ideę przy­nio­są wie­le cie­ka­wy­ch zmian. Nie tyl­ko w go­spo­dar­ce, ale rów­nież w po­sta­wa­ch zwy­kły­ch lu­dzi. Już te­raz moż­na ob­ser­wo­wać jak przed­sta­wi­cie­le „sta­rej go­spo­dar­ki” pró­bu­ją do­sto­so­wać się do no­wej mody (np. po­przez co­raz bar­dziej ela­stycz­ne for­my za­ku­pu no­wy­ch sa­mo­cho­dów). Większość ana­liz po­ka­zu­je rów­nież, że okres naj­bar­dziej dy­na­micz­ne­go roz­wo­ju ac­cess eco­no­my jest jesz­cze przed nami.

Przyszło nam żyć w na­praw­dę cie­ka­wy­ch cza­sa­ch.


Przeczytaj także: