uber

Jak poinformował przedwczoraj Uber, hakerzy wykradli dane 57 milionów użytkowników aplikacji (zarówno pasażerów jak i kierowców). Startup z San Francisco zapłacił 100 tysięcy dolarów włamywaczom by dane usunęli. Najbardziej szokuje jednak fakt, że to wszystko miało miejsce w 2016 roku.

Szczerze mówiąc, jeszcze rok temu bardzo chwaliłem Ubera. I ciągle będę chwalił, za prostotę i wygodę ich przejazdów, za zmianę i rozwój skostniałego rynku przewozów w Polsce. Za rewelacyjne podejście do klienta… oh wait… za to już nie.

Rozdawanie darmowych przejazdów, staranne projektowanie interfejsu, by był możliwie jak najwygodniejszy w obsłudze, a także sprawne rozwiązywanie wszelkich problemów z opłatami, to zdecydowanie proklienckie praktyki. Każda rozsądna firma zaliczyłaby do nich również informowanie użytkowników o kradzieży ich danych. Jednak nie Uber.

Uber stara się zamiatać trudne sprawy pod dywan. Było tak w przypadku oskarżeń o molestowanie byłej pracownicy, było tak również w przypadku kradzieży danych użytkowników. O ile pierwsza kwestia nie ma bezpośredniego przełożenia na użytkowników, o tyle druga to przejaw większej dbałości o własny PR niż o bezpieczeństwo klientów. To nie jest proklienckie.

W takiej sytuacji najlepszym co może zrobić firma, to nie dogadanie się z hakerami, ale jak najszybsze informowanie użytkowników o tym, że ich dane zostały wykradzione. Skoro Uber nie był w stanie należycie zabezpieczyć danych 57 milionów klientów, powinien przynajmniej dać im szanse zabezpieczenia się przed skutkami tejże kradzieży.

Tak postąpiła by firma, której bezpieczeństwo użytkowników nie jest obojętne.

Rodzime podwórko

Polska jest jednym z krajów, w którym Uber rozwija się najszybciej. Szczególnie dobrze radzi sobie w Warszawie, gdzie przymierza się do uruchomienia usługi uberPOOL, czyli miejskiego carpoolingu. PR polskiego oddziału prześciga się w organizowaniu coraz głośniejszych akcji: z dostarczaniem pączków, lodów czy choinek lub — jak ostatnio — lotu helikopterem.

Fajnie, że takie akcje organizują. Dobrze, że podejmują działania ku temu, by być miejskim BlaBlaCarem, bo to pozwoli im “uciec do przodu” przed zmianami prawnymi na rynku przewozów, a użytkownikom pozwoli na tańsze poruszanie się po mieście.

Znam jednak wiele osób korzystających z platformy (a nawet sam się do nich zaliczam), które zauważają pogorszenie jakości usług. Pasażerowie narzekają na słabą znajomość miasta i problemy z komunikacją w języku polskim. Wynika to przede wszystkim z tego, że od dłuższego czasu (przede wszystkim w Warszawie) wśród kierowców Ubera dominują ci zza wschodniej granicy, a będąc bardziej dokładnym — wynika to z modelu w jakim najczęściej współpracują z platformą.

Polska pośrednikami stoi

Wraz z rozwojem Ubera w Polsce zaczęli pojawiać się liczni pośrednicy — firmy zatrudniające kierowców nieposiadających swoich samochodów lub niechętnych do podejmowania ryzyka związanego z zakładaniem działalności gospodarczej czy leasingowaniem samochodu. Taka forma współpracy kierowcy wygląda najczęściej tak, że wykonuje on przewozy samochodem pośrednika, na zmianę z innymi kierowcami, według grafika.

W ten sposób pośrednik zapewnia Uberowi dostępność usług 24h na dobę. Kierowcy natomiast przewożą pasażerów często przez 12h z rzędu (bo tyle standardowo trwa zmiana u pośredników), za bardzo okrojoną stawkę. Najczęściej na takie warunki godzą się kierowcy zza wschodniej granicy. A ponieważ znajomość języka czy topografii miasta nie jest wymagana przez Ubera, nie jest również wymagana przez pośredników. Nietrudno stąd już wydedukować dlaczego pasażerowie tak narzekają.

Mimo częstego wytykania tego problemu w debacie, Uber raczej nie robi nic by niemu przeciwdziałać. Bardzo możliwe, że dzieje się tak dlatego, że głównie dzięki pośrednikom usługa ma szanse funkcjonować przez całą dobę. Z jednej strony to również zaleta — być może bez tych pośredników zamówienie przejazdu w środku nocy w zwykły, nieimprezowy dzień graniczyłoby z cudem.

Z drugiej strony, dobrze by było wypracować taki model, który zapewniałby pasażerom kierowców 24h na dobę i jednocześnie nie powodował wskazanych problemów. Częściowo takim modelem jest uberSELECT — za ciut większą opłatą pasażer ma być przewieziony samochodem lepszej klasy i przez bardziej szczegółowo sprawdzanego kierowcę. Niestety ta usługa nie jest dostępna we wszystkich miastach, w których działa Uber.

A co z klientami, którzy oczekują dobrych kierowców w regularnej cenie? Nie jest wygórowane życzenie, które jak na razie pozostaje raczej bez odpowiedzi.

Share: